Raszt, Rudchan i Masule

Drugiego dnia pierwszej podróży dotarłem do Raszt (رشت, Rasht), jest to miasto leżące 230 kilometrów na północny zachód od Teheranu, 20 kilometrów od brzegu morza czarnego i posiadające 650 tysięcy mieszkańców.

Szahrdari.

Widok na drugą stronę placu.

Bazar w Raszt.

Budka z kebabem na ulicy w Raszt.

Następnego dnia pojechałem do zamku Rudchan (قلعه رودخان, Rudkhan castle, 37°03’51″N 49°14’22″E). Zamek ten został zbudowany w czasie panowania dynastii Sasanidów, zbudowany jest z wielu wież połączonych murami. Do zamku prowadzi kręta i dość stroma droga.

Główna część zamku razem z bramą wejściową (po środku, lewa strona murów).

Z najwyższej wieży, położonej na zachodniej części zamku, można było podziwiać takie widoki.

W tle widać wioskę położoną przy wejściu do szlaku prowadzącego do zamku.

Po przyjeździe z zamku Rudchan do Fuman, udałem się do wioski Masule (ماسوله, Masuleh, 37°09’18″N 48°59’23″E), jest to niewielka wioska, ale położona na zboczu góry, przez co najwyżej położony dom znajduje się 100 metrów ponad najniżej położonego. Dach domu jest jednocześnie podwórkiem domu położonego powyżej (i jednocześnie pełni funkcję uliczki). Jest to jedyne miejsce w Iranie, do którego obowiązuje całkowity zakaz wjazdu wszystkich samochodów i motocykli.

Peru i Boliwia

Ze znajomymi byłem w Peru i Boliwii w dniach 2016.09.05 – 2016.09.19. Niestety tym razem nie pokażę zdjęć, jedynie kilka zrobionych komórką – w Boliwii skradziono mi aparat. Dlatego relacja będzie znacznie bardziej opisowa. A może to i lepiej :)

Przylot do Peru

Nie polecieliśmy prosto do Peru – mieliśmy zaskakująco dużo segmentów lotu. Kupiliśmy tanie bilety z Amsterdamu przez Londyn i Miami do Limy. Najpierw trzeba się jednak dostać do Amsterdamu.

Pierwszy lot z Gdańska do Dortmundu był opóźniony o dwie i pół godziny, w związku z czym nie zdążyliśmy na pociąg do Amsterdamu. Bilety mogliśmy wymienić na późniejsze, ale nie zrobiliśmy tego, bo na stacji w Holzwickede (najbliższa lotnisku stacja) nie było kas biletowych. W Dusseldorfie mieliśmy przesiadkę, ale zbyt krótką, żeby ryzykować stanie w kolejce w kasach. Konduktora spotkaliśmy już w Holandii. Wytłumaczyliśmy mu o co chodzi i nie robił żadnych problemów z biletami na wcześniejszy pociąg a na odchodne rzucił jeszcze żartobliwie “stupid germans” :D

Dotarliśmy do Amsterdamu wieczorem ale lot mieliśmy dopiero o 8:20 rano, więc zdecydowaliśmy, że pójdziemy pozwiedzać najbliższą okolicę i coś zjemy. Nie sposób było nie zauważyć, że w Amsterdamie też są ulice na wzór Hamburskiej Herbertstrasse (prostytutki siedzące/stojące za witrynami sklepowymi zamiast towarów), ale było ich wiele i były krótsze.

W nocy pojechaliśmy pociągiem na lotnisko Schiphol, gdzie położyliśmy się na podłodze za schodami i spaliśmy do rana. Godzinny lot do Londynu, gdzie jesteśmy o 8:35 czasu lokalnego. Czekamy dwie godziny i pakujemy się do 9-godzinnego lotu do Miami. W Miami jesteśmy o 15:00, wylot o 18:00, więc był czas, żeby na chwilę wyjść na zewnątrz (jakieś 35 stopni w październiku! Dlatego zaraz wróciliśmy na klimatyzowane lotnisko) i coś zjeść. 5-godzinny lot do Limy był opóźniony, co spowodowało, że byliśmy na miejscu w ponad godzinę później czyli jakoś przed północą.

2016-09-04-17-47-45

W trakcie lotu do Peru, musieliśmy wypełnić druczki, co przywozimy ze sobą, jaki sprzęt, jaką gotówkę, w jaki sposób przybywamy do Peru itp. Na druczku było napisane czego nie można ze sobą przywozić i jedną z tych pozycji było “napój alkoholowy o nazwie Pisco”. Czym jest Pisco? Jest to winiak, czy też brandy czyli destylowane wino. Produkowane jest tylko w Peru i Chile. Peru twierdzi, że Pisco zostało wynalezione w miejscowości Pisco w Peru, więc mają do niego wyłączne prawo, natomiast Chilijczycy twierdzą, że jest to ogólna nazwa dla napojów alkoholowych wyprodukowanych w tym rejonie. Zakaz wwożenia Pisco do Peru oznacza w praktyce zakaz wwożenia do Peru Pisco Chilijskiego.

Plan był, aby z Limy lecieć od razu do Cuzco, gdzie rano mieliśmy jechać na Machu Picchu. Samoloty z Limy do Cuzco latają co godzinę, ale chcieliśmy kupić bilety taniej (a przez to również musieliśmy je kupić wcześniej), bo używając punktów, które dostaliśmy za lot na Florydę liniami British Airways. Kupiliśmy bilety na 4:50, aby za bardzo nie ryzykować. W Cuzco byliśmy o 6:10, pojechaliśmy taksówką na starówkę, do Plaza de Armas, skąd odjeżdżały mini busiki prawie do Aguas Calientes (małe miasteczko turystyczne zaraz przy Machu Picchu), ale o tym za chwilę.

Machu Picchu

Trasa do z Cuzco do miejsca, do którego mieliśmy dojechać, czyli okolic elektrowni wodnej, wygląda tak:

trasa

Jednakże to nie jest taka prosta trasa, nie należy zapominać, że są to góry. W trakcie jazdy najpierw wznosimy się z wysokości 3400 m n.p.m., na której położone jest Cuzco, na wysokość 4300 m n.p.m. a następnie zjeżdżamy w dół na wysokość 1800 m n.p.m. Do tego ciągłe przyspieszanie, zwalnianie, ciasne zakręty, spore przyspieszenia we wszystkich kierunkach. A my przecież cały czas byliśmy przy poziomie morza, dopiero po przylocie do Cuzco zaczęliśmy przebywać na dużej wysokości a już dwie godziny później jedziemy busem. Nie wszyscy znieśli dobrze tę podróż…

Trasa była pełna zakrętów. Trzeba to podkreślić. Miejscami wyglądało to tak, jak na screenie z map Google poniżej:

trasa2

Po kilku godzinach dojechaliśmy do elektrowni wodnej. Jest godzina ok. 15. Przed nami 10-kilometrowy treking, ale należy pamiętać, że jeszcze rano byliśmy na poziomie morza, a teraz na wysokości 1800-2050 m n.p.m. (początek-koniec trekingu) a tu ciśnienie wynosi ok 80% ciśnienia przy poziomie morza. Tutaj jeszcze nie było to za bardzo zauważalne, w dalszej części wycieczki – tak :)

treking

Machu Picchu (13°09’50″S 72°32’42″W) znajduje się na granicy pomiędzy górami a dżunglą. Nie była to jeszcze dżungla z prawdziwego zdarzenia. Droga przez prawie cały czas szła obok torów kolejowych a z boku było widać wijącą się rzekę Urubamba. Po drodze był most kolejowy, na którym było przejście dla pieszych, ale w formie grubych blach położonych uginających się pod pieszymi. Przejście nim podnosiło poziom adrenaliny. Niejednokrotnie droga prowadziła przez mała rzeczkę, którą trzeba było przejść idąc po podkładach kolejowych wiszących nad rzeką, bo nie było innego przejścia. Dotarliśmy wreszcie do mostu, prowadzącego na druga stronę rzeki, za którym zaraz jest droga na szczyt Machu Picchu. Było jednak już późno, a my musieliśmy jeszcze dojść kawałek do Aguas Calientes, czyli wioski położonej w pobliżu Machu Picchu i żyjącej z turystów, gdzie mieliśmy nocleg.

Wieczorem jeszcze tylko zwiedziliśmy trochę Aguas Calientes i kupiliśmy bilety na poranny autobus na szczyt Machu Picchu. Dostać się do Machu Picchu można na dwa sposoby – autobusem, który zawozi ludzi pod samą bramę biletową albo pieszo. Pieszo jest to ok. 2 kilometrów do podnóża góry i następnie kilometr w poziomi i ok. 400 metrów do góry, żeby dość do bramy biletowej, co podobno zajmuje godzinę. Stwierdziliśmy, że nie mamy czasu i kupiliśmy bilety autobusowe za 40 soli (ok. 45 zł). To była też pierwsza noc na wycieczce, którą spędziliśmy w łóżku i mogliśmy się umyć.

Autobusy zaczynały odjeżdżać o godzinie 6 rano, więc stwierdziliśmy, że przyjdziemy wcześniej, bo będą kolejki. Tak wielkich kolejek jednak się nie spodziewaliśmy. Na szczęście kontrola biletów była sprawna, ludzie szybko pakowali się do autobusów a i autobusy co chwilę podjeżdżały, więc ta wielka kolejka rozładowała się zaskakująco szybko.

Autobusy wjeżdżały do Machu Picchu krętą drogą, co chwila można więc było spojrzeć to z jednej to z drugiej strony na widok z góry na dolinę. Wjazd autobusem trwał chyba ze 30 minut; peruwiańscy kierowcy, przyzwyczajeni do codziennej trasy, jechali z maksymalną prędkością na jaką pozwalał stan drogi zręcznie wymijając się z pustymi autobusami zjeżdżającymi z góry.

Po przejściu przez bramy mogliśmy w końcu zacząć oglądać Machu Picchu. Z początku nie było zbyt wiele widać z racji gęstej mgły, ale też przez nią spowita nią wioska wyglądała z góry niesamowicie :) . Mieliśmy bilet na wejście na górę Machu Picchu (Machu Picchu Montaña) na godzinę 7, więc zrobiliśmy jeszcze parę zdjęć i zabraliśmy się do wejścia na górę. Przy wejściu była spora kolejka, w której musieliśmy postać pół godziny zanim wpuszczono nas na szlak na górę. Dziennie na do Machu Picchu może wejść maksymalnie 2500 ludzi plus dodatkowy tysiąc popołudniu. Spośród tych 2500 ludzi, 400 może wejść na górę Machu Picchu w godzinach 7-8 oraz 400 w godzinach 10-11. Na górę Huayna Picchu odpowiednio po 200 ludzi.

machu-picchu

W drodze na górę poznaliśmy sympatyczną parę polaków, Jagodę i Szymona. Byli od nas sprawniejsi fizycznie, więc w końcu na szczyt weszli szybciej, ale i tak przez część drogi oraz na szczycie miło się z nimi rozmawiało. Droga na szczyt to kolejne 2,5 kilometra w poziomie oraz wspinaczka z 2460 m n.p.m do nieco ponad 3000 m n.p.m. Zajęło nam to ok. półtorej godziny. Po wejściu na szczyt zobaczyliśmy całe Machu Picchu oraz okolice we mgle. Chciałem zrobić zdjęcia bez mgły, więc musiałem zaczekać do ok. 10:30 kiedy to mgła zaczęła się unosić – niesamowity widok :D .

Kiedy już zeszliśmy z góry z powrotem do wioski, była godzina 11:30, zostało nam więc mało czasu – o 16:12 mieliśmy pociąg powrotny a jeszcze trzeba było zejść z góry i coś zjeść. Nie mieliśmy niestety czasu, żeby iść zwiedzić Sun Gate (dojście do niej trwa godzinę) ani Inkaskiego mostu linowego. Zwiedzaliśmy więc samą wioskę na własną rękę, bez przewodnika. Najciekawsze zdjęcia wioski wychodzą z okolic budynku wartowniczego, który został zbudowany przez Inków na południe od wioski, nieco ponad nią.

Część rolnicza z tarasami jest położona na południe od wioski, niewielkie obszary z tarasami znajdują się też w części zachodniej. Wioska podzielona jest na część górną (gdzie znajdują się świątynie, obserwatorium astronomiczne; ta część pełniła funkcje religijne i ceremonialne) oraz część dolną (część mieszkalna oraz magazyny).

W części górnej znajdował się jedyny zachowany (to znaczy nie zniszczony przez Hiszpanów w trakcie podbojów) Inti Watana, który przez archeologów jest uważany za zegar słoneczny.

W części dolnej znajdowała się Świątynia Kondora, czyli wielki kamień ukształtowany na podobieństwo kondora. Miejsce, gdzie kondor miał głowę, uważane jest za ołtarz, na którym składano ofiary. Zaraz za Świątynią Kondora znajdowało się więzienie.

W środkowej części wioski znajduje się główny plac, który oddzielał części górną oraz dolną. W części północnej można było podejść blisko lam oraz alpak i je pogłaskać. O ile zwierzęta na to pozwoliły oczywiście. Od Sylwii generalnie uciekały, za to chodziły cały czas za pewną japonką :) .

W końcu przyszedł czas zejścia z powrotem do Aguas Calientes. Początkowo chcieliśmy zejść na dół, jednak byliśmy wyczerpani po wejściu na górę Machu Picchu jak też od temperatury, która około południa zrobiło się całkiem wysoka. Kupiliśmy bilety na powrót autobusem na dół (kolejne 40 soli :/ ), i zjechaliśmy.

Pociąg powrotny. Tak naprawdę pociąg nie dojeżdża do Cuzco, ale do Poroy, które znajduje się kilka kilometrów przed Cuzco. Dodatkowo Sylwia i Oli mieli bilety tylko do Ollantaytambo, które znajduje się w połowie drogi z Aguas Calientes do Cuzco. Za swój bilet zapłaciłem 85$ (najdroższy pociąg jakim jechałem!) a Oli z Sylwią po 75$. I musieliśmy się jakoś dostać do Cuzco. Koniec końców Oli i Sylwia pojechali jakimś colectivo (busiki jeżdżące na ustalonych trasach bez rozkładu). Ja, po wyjściu z pociągu, zapytałem się parę Meksykanów, jadących w przedziale naprzeciwko mnie, czy jadą do Cuzco i czy chcieliby się zrzucić razem na taksówkę. Odpowiedzieli, że już mają transport taksówką, za którą nie płacą, i mogę jechać z nimi :) . Nie chcieli ode mnie żadnych pieniędzy, mimo że proponowałem, a jak już dojechaliśmy na miejsce, to porozmawialiśmy trochę i oczywiście zapraszali mnie do Meksyku.

Po noclegu w Cuzco, rano mieliśmy samolot do La Paz z linii lotniczych Peruvian. Lotnisko w Cuzco jest małe, a jego sekcja to lotów międzynarodowych mikroskopijna. Tuż przed planowanym czasem wylotu zostało uruchomione na chwilę małe pomieszczenie z dwoma kolejkami do kontroli bezpieczeństwa, po czym przeszliśmy do innego pomieszczenia oddzielonymi jakąś przezroczystą przegrodą (którą można było przesuwać, żeby przez nią przejść, jak to zrobił ktoś z obsługi) od reszty lotniska. Koniec końców start się opóźnił chyba o godzinę, ale dolecieliśmy do La Paz.

La Paz

La Paz jest drugim największym miastem Boliwii, położona jest na średniej wysokości 3640 m n. p. m., przez co jest nazywana najwyższą stolicą na świecie, choć tak naprawdę stolicą nie jest, znajduje się tu jedynie siedziba rządu. Zamieszkuje ją prawie 800 tys. ludzi, razem z miastem El Alto położonym zaraz obok (900 tys. mieszkańców) i przedmieściami daje to obszar metropolitalny wielkości 2,3 mln ludzi, czyli 20% ludności Boliwii. Na wysokości 3300 m n. p. m., na której byliśmy przez większość czasu, ciśnienie wynosi 64% tego, co na poziomie morza a to było dopiero trzeci dzień, który spędzaliśmy na dużej wysokości, nie byliśmy więc jeszcze zaaklimatyzowani. Po wejściu schodami na drugie piętro dostawaliśmy zadyszki :) .

Walutą w Boliwii jest Boliviano, 1 Bs to ok. 60 groszy.

la_paz

Ponieważ La Paz jest miastem położonym na dnie niewielkiej niecki pomiędzy górami na płaskowyżu Altiplano oraz u podnóża tych gór, występują duże różnice wysokości pomiędzy poszczególnymi częściami miasta. Zdecydowano się więc na budowę sieci kolei gondolowej, która tutaj nosi nazwę Teleferico. Warto wybrać się na przejazd choćby po to, aby zobaczyć miasto z góry.

teleferico

W trakcie pobytu w La Paz zdążyliśmy jeszcze pojechać do Moon Valley (Valle de la Luna), czyli dziwnej formacji skalnej – pełno jest kilkumetrowej wysokości, ale dość cienkich skał wyglądających jakby wystawały w górę. Mnie nie zachwyciło.

Ponieważ z La Paz wyjeżdżaliśmy nocnym autobusem, to pochodziliśmy po rynku oglądając różne rzeczy – głównie ubrania z wełny z lamy i alpaki. Sylwia i Oli pokupowali trochę ubrań, mnie interesowały tylko magnesy. To jest zadziwiające jak łatwo można się dogadać z kimś, komu zależy na sprzedaży mimo, że nie mówi się w tym samym języku. Sprzedawcy rzadko kiedy potrafili coś powiedzieć po angielsku, z nas tylko Sylwia potrafiła powiedzieć po hiszpańsku trochę więcej niż parę słów. Sprzedawcy często pisali cenę na kalkulatorze i pokazywali nam, żeby uniknąć niejasności. Zarówno w Peru jak i w Boliwii w sklepach nie ma cen, trzeba się o nią zapytać. Peruwiańczycy wykorzystywali to, żeby dawać turystom wyższe ceny (jedna dziewczyna z Chile przyznała, że ona też dostaje wyższe ceny, bo mimo że mówi po hiszpańsku, to ma inny akcent), Boliwijczycy nie. Mój dialog z jednym sprzedawcą, jak już byłem zdecydowany, że chcę kupić magnesy:

– Cuanto? (Ile?)

– Veinte (dwadzieścia).

Chciałem się upewnić ceny:

– Veinte?

Fiftenn.

Nie miałem zamiaru się targować, ale ok. Chciałem zapytać o cenę innego magnesu, ale się pomyliłem i powiedziałem:

– Veinte?

– Diez (dziesięć).

Wziąłem dwa magnesy za piętnaście i jeden za dziesięć, sprzedawca mówi:

– Cuarenta (czterdzieści).

Podaję sprzedawcy dwie dwudziestki i się pytam:

– Si?

– Si.

Transakcja zakończona, obie strony zadowolone :)

W Boliwii sprzedawców można spotkać prawie w każdym miejscu. Nam bardzo się spodobały panie sprzedające soczki i pierożki. Siedzi sobie starsza pani, obok niej jest wiadro wypełnione sokiem. Płaci się 1,5 Bs (0,9 zł) a pani nalewa do szklanki sok i jeszcze cały malutki owoc. Soki mają różne smaki, nie wiem jak są robione, ale smakują wyśmienicie, po gorącym dniu jak znalazł. Po wypiciu soku na miejscu, pani wkłada szklankę do wiadra z wodą i innymi szklankami, żeby się wypłukało. Można też wziąć sok na wynos – pani wtedy przelewa zawartość szklanki do małego, przezroczystego woreczka i dodaje słomkę. Pierożki są całkiem spore, nie są gotowane jak u nas, ale smażone w głębokim oleju, wypełnione są głównie drobno pokrojonymi ziemniakami, ale również innymi warzywami. Bardzo smaczne, dwom takimi można się najeść, a jeden kosztuje tylko 3 Bs (1,8 zł).

la_paz2

Wieczorem przyszliśmy do biura Todo Turismo, które organizowało przewozy autobusami z La Paz do Uyuni i z powrotem (po jednym autobusie w jedną stronę, codziennie). W biurze można było poczekać do wyjazdu autobusu, było wi-fi (choć dzielone na wiele czekających osób, nie było zbyt szybkie) oraz naładować telefon czy inne urządzenia elektroniczne – było dostępnych wiele gniazdek wraz z dużą listwą zasilającą.

Autobus był wycieczkowy, z toaletą, siedzenia można było pochylić dość mocno a także wyciągnąć nogi, przez co w miarę wygodne było spanie w pozycji półleżącej. W autobusie już czekały na pasażerów koc i półlitrowa butelka wody. W trakcie jazdy można było obejrzeć film na telewizorze – “London has fallen” (“Londyn w ogniu”, strasznie marny), jeśli ktoś akurat miał przy sobie słuchawki. W trakcie jazdy była też rozdawana mała kolacja i do wyboru woda, coca-cola albo inka-cola (zielono-przezroczyste, produkowane również przez koncern coca-cola, miało smak trochę jak oranżada) a rano jeszcze jakiś jogurt.

Salar de Uyuni

Przyjechaliśmy rano do Uyuni, małego miasteczka nieopodal Salar de Uyuni. Poszliśmy od razu do biura podróży, u którego mieliśmy wykupioną wycieczkę trzydniową na Salar de Uyuni w Andes Salt Expeditions. Byliśmy dość wcześnie i trzeba było poczekać na kierowcę, postawiliśmy więc pójść na chwilę na rynek miasta. Po opłaceniu wycieczki zostało nam trochę dolarów a brakowało nam boliviano, poszedłem więc do banku (funkcjonującego też jako kantor), żeby nam wymienił 100$. Po wejściu do banku podszedł do mnie uzbrojony strażnik, który nie znał angielskiego, ale jakoś dało się wytłumaczyć o co chodzi. Strażnik powiedział, żeby pobrać numerek, usiąść i czekać na swoją kolej. Po podejściu do okienka banku okazało się, że pracownik banku też nie zna angielskiego, ale wytłumaczenie mu, że chcę wymienić dolary na boliviano nie było trudne, pracownik jeszcze dwa razy się zapytał czy na pewno o to chodzi, pokazał ręką na ścianie kurs i jeszcze napisał ile dostanę boliviano za 100$, które chciałem wymienił i w końcu to zrobił. Uff.

Mała dygresja na temat toalet w Boliwii. Jest tutaj zaskakująco dużo toalet publicznych, nawet pryszniców publicznych. O ile czasami trzeba było się przemóc i skorzystać z toalet publicznych (koszt 1 Bs, 0,6 zł) – przy wejściu dostawało się wydzieloną ilość papieru toaletowego, w zupełności wystarczającą na szczęście – o tyle z prysznica ja bałbym się skorzystać. W Peru i Boliwii zużytego papieru toaletowego nie spłukuje się w muszli, ale wrzuca do kosza obok.

Zapakowaliśmy się do samochodu z kierowcą. Okazało się, że nasz kierowca – Roberto – dobrze mówi po angielsku, jest sympatyczny i wie całkiem sporo o Salar de Uyuni oraz innych atrakcjach, które odwiedzaliśmy. Tak naprawdę to nie mogliśmy trafić na lepszego kierowcę, ale o tym trochę później. Razem z naszą trójką i kierowcą jechały jeszcze dwie Holenderki i jedna Niemka.

Na początku pojechaliśmy do cmentarzyska pociągów, którymi kiedyś transportowano sól (20°28’46″S 66°50’04″W). Standardowy przystanek, gdzie zatrzymują się wszystkie wycieczki, żeby zrobić sobie trochę zdjęć. Następnie mieliśmy krótki przystanek w Colchani i pojechaliśmy już na same solne jezioro.

Salar de Uyuni jest największym solnym jeziorem na świecie, o powierzchni 10,6 tys. kilometrów kwadratowych. Powstało po wyschnięciu jeziora 13 – 26 tys. lat temu, teraz znajduje się na wysokości 3656 m n. p. m., i jest tak płaskie, że różnice w wysokości nie przekraczają metra. Ponieważ Salar de Uyuni jest płaskie, duże, bardzo jasne a niebo jest prawie cały czas bezchmurne, jest używane przez satelity do kalibracji pomiarów wysokości. Pod warstwą soli, mającą kilkadziesiąt centymetrów do kilku metrów grubości, znajduje się woda z dużą zawartością różnych związków, głównie związków soli.

salar

Sól odbija światło bardzo mocno a ponieważ nie było żadnych chmur i byliśmy na wysokości 3656 m n. p. m., czyli nad nami było o jedną trzecią atmosfery mniej niż do czego byliśmy przyzwyczajeni, to było naprawdę bardzo jasno. Jako, że byłem jedynym, który nie miał okularów przeciwsłonecznych, musiałem cały czas mocno przymykać oczy. Popełniliśmy również błąd, że zaczęliśmy się smarować kremem z filtrem UV od tego dnia zamiast od chwili kiedy weszliśmy do Machu Picchu i przez następne dni mocno się spaliliśmy.

Pierwszy przystanek na salarze to solny hotel, Hotel del Sal (20°19’50″S 67°02’49″W). Jest to po prostu hotel o ścianach zrobionych z soli, niewielki, składał się z dużej, głównej sali, gdzie wszyscy jedli obiad, oraz kilkunastu pokoi. Poprzez “wszyscy” mam na myśli wszystkich turystów jadących na wycieczki po salarze, zarówno jedno-, dwu- jak i trzydniowe, było tego na każdym przystanku kilkanaście samochodów. Program wycieczek jest bardzo podobny, dlatego wszystkie samochody zatrzymują się w tych samych miejscach mniej więcej w tym samym czasie.

Kolejny przystanek to Isla del Pescado (20°14’35″S 67°37’31″W), czyli mała wyspa na salarze. Można było wejść na szczyt tej wyspy, żeby sobie obejrzeć salar z wysokości kilkudziesięciu metrów. Za wstęp na wyspę trzeba było zapłacić 30 Bs (18 zł).

Pojechaliśmy mniej więcej na środek salaru, z każdej strony do brzegu było co najmniej trzydzieści kilometrów, brzeg więc był widoczny jedynie jako niewielkie wzniesienia na horyzoncie. Tutaj zrobiliśmy trochę zdjęć wykorzystujących perspektywę czyli mały obiekt blisko aparatu (jak np. dinozaur zabrany przez kierowcę) jest równie duży czy nawet większy od człowieka stojącego dalej, a ponieważ tło to biała sól i niebieskie niebo, to na zdjęciu wygląda to jakby te elementy były obok siebie. Dodatkowo jest bardzo jasno, co sprawia, że można mocno przymknąć przesłonę i całe zdjęcie będzie ostre.

Wracając z salaru zrobiliśmy jeszcze mały przystanek na prośbę moją i Sylwii, żeby zrobić zdjęcia i filmy z zachodu słońca nad salarem.

Pojechaliśmy do hotelu w małej wiosce na południe od salaru. Hotel był również w większości zrobiony z soli, były kontakty do naładowania sobie sprzętu, były również prysznice, za które trzeba było dodatkowo zapłacić (10 Bs, 6 zł), kolacja była w cenie.

Tutaj po raz pierwszy zrozumieliśmy jak bardzo zimno może być w nocy, wcześniej nie byliśmy na takiej wysokości a później spaliśmy w ogrzewanym autobusie. W nocy temperatura spada dość mocno, dodatkowo w Boliwii (w Peru zresztą też) nie ogrzewają domów, co sprawia, że we wnętrzu jest niewiele cieplej niż na zewnątrz. Mają za to wiele warstw grubej pościeli, choć nam było to jeszcze za mało i spaliśmy w śpiworach, czasem jeszcze w ubraniach. Jak słońce wzejdzie, zaczyna się powoli ocieplać, ale i tak wychodzi się w grubym swetrze i kurtce. W ciągu dnia zrzuca się kurtę a po południu można chodzić na krótkim rękawku. Do zachodu słońca i tak założy się znowu zarówno sweter jak i kurtkę.

Po śniadaniu jechaliśmy dalej na południe. Plan na ten dzień przewidywał zobaczenie wielu różnokolorowych lagun. Kolory lagun wynikają z naturalnych zanieczyszczeń różnymi związkami chemicznymi albo różnymi gatunkami alg. Odwiedziliśmy Laguna Cañapa (21°30’20″S 68°00’40″W), Laguna Hedionda (21°34’10″S 68°02’52″W), Laguna Charcota (21°35’15″S 68°03’52″W) oraz Laguna Ramaditas (21°38’25″S 68°04’50″W). Przy lagunach można było zobaczyć flamingi. Te cztery laguny są położone dość blisko siebie, następnie jechaliśmy do Laguna Colorada (22°12’04″S 67°46’50″W) a po drodze zrobiliśmy mały przystanek, aby zrobić zdjęcia przy Árbol de Piedra (21°57’49″S 67°51’45″W), 7-metrowej skały, która na dole się zwęża przypominając kształtem rozłożyste drzewo. Tego dnia wjechaliśmy jeszcze do parku narodowego Eduardo Avaroa Andean Fauna National Reserve.

Podczas kolacji mieliśmy możliwość spróbowania boliwijskiego wina, niestety nie było zbyt dobre – w sześć osób nie skończyliśmy jednej butelki. W czasie tego noclegu była elektryczność, ale tylko do ok. 21, zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami.

Rano wczesna pobudka i szybko jechaliśmy na południe do Sol de Mañana (22°26’03″S 67°45’23″W) czyli miejsca, gdzie występują solfatary – z ziemi wydobywa się gorąca para o zapachu siarki. Tutaj nasz kierowca pokazał nam swoją przewagę nad innymi przewodnikami. Przyjechaliśmy na miejsce pierwsi, o wschodzie słońca. Roberto poprowadził nas poprzez całe miejsce tłumacząc dlaczego tutaj występują solfatary. Robiłem zdjęcia, jak ludzie przechodzili pomiędzy wyziewami gorącej pary skąpanej w świetle wschodzącego słońca, zdjęcia wyszły naprawdę świetne. Po kilku minutach stanęliśmy z boku, skąd mogliśmy obserwować całość Sol de Mañana. Wkrótce przyjechały pozostałe samochody, przewodnicy po prostu wyszli z samochodów, nie oprowadzali nigdzie ludzi. Ludzie zaczęli robić zdjęcia od strony słońca, co sprawiło, że wschodzące słońce nie było rozproszone gorących wyziewach, po chwili też słońce wzeszło i miało normalny kolor. Zrozumiałem, że tego dnia tylko ja zrobiłem takie zdjęcia a to wszystko dzięki Roberto. W tym miejscu inni przewodnicy tylko przywieźli ludzi na miejsce, odhaczyli, że zadanie zrobione i tyle. To miejsce jest też najwyższym miejscem, na którym byliśmy podczas naszej całej wycieczki – 4850 m n. p. m., ciśnienie na poziomie 54% tego, co jest na poziomie morza. Był to jednak szósty dzień na dużej wysokości, więc trochę się zaaklimatyzowaliśmy, poza tym głównie jeździliśmy w samochodzie, toteż nie odczuwaliśmy braku tlenu.

Następnie pojechaliśmy jeszcze na godzinę do naturalnych gorących źródeł i powrót do Uyuni, gdzie dojechaliśmy pod wieczór. Poszliśmy do biura Todo Turismo, gdzie czekaliśmy na nocny autobus z powrotem do La Paz. I tutaj popełniłem duży błąd.

Aparat

Po przyjściu do biura położyłem torbę z aparatem i kamerą na ziemi a na nią położyliśmy kurtki. Sylwia i Oli poszli coś zjeść a ja postanowiłem skorzystać z internetu. Siedziałem przy stole odwrócony tyłem do torby z aparatem. Po pewnym czasie Oli i Sylwia wrócili i razem czekaliśmy na autobus. Kiedy trzeba było już się zbierać do autobusu, zauważyliśmy, że pod naszymi kurtkami nie mojej torby. Szukaliśmy wokoło, zapytaliśmy się obsługi autobusu czy widzieli gdzieś torbę, nawet podczas jazdy dwa razy przeszedłem wzdłuż autobusu szukając mojej torby, ale nic nie widziałem. Najprawdopodobniej aparat ukradł europejczyk, który siedział obok mnie przez kilkanaście minut a potem wyszedł. Nikt inny za mną nie chodził, siedziałem z tyłu biura. Niestety w biurze nie mieli kamer.

Autobus był taki sam jak w drodze z La Paz do Uyuni, też puszczali film. Znowu “London has fallen”…

Po przyjeździe do La Paz najpierw w biurze Todo Turismo poprosiliśmy raport i go dostaliśmy. Dowiedzieliśmy się też, że musimy iść do na policję, ale nie zwykłą, tylko Policia Turistica, która znajduje się zaraz obok, na dworcu kolejowym. Na dworcu kolejowym znaleźliśmy zwykłą policję a tam starszą kobietę, która nie była ubrana w mundur i nie znała angielskiego. W okienku informacji dowiedzieliśmy się, że musimy iść w inne miejsce, do FELCC (Fuerza Especial de Lucha Contra el Crimen). Po półgodzinnym oczekiwaniu na posterunku FELCC dowiedzieliśmy się jedynie tyle, że jest niedziela i żeby przyjść w poniedziałek, podczas gdy jeszcze tego dnia mieliśmy pojechać autobusem do Puno. Wróciliśmy na dworzec gdzie w końcu udało nam się znaleźć Policię Turisticę – swoją siedzibę miała w miejscu, które wyglądało jak każde inne drzwi w okolicy, ale nad drzwiami, niewielkimi literami był napis Policia Turistica. Poczekaliśmy na ławce ponad godzinę aż w końcu przyszła policjantka (tym razem w mundurze) i nas wpuściła, żeby spisać nasze zeznanie. Myślicie, że skoro jest to oddział dla turystów, to będą mówić po angielsku? Nie. Na szczęście Sylwia znała trochę hiszpańskiego i trochę daliśmy radę na migi (pani pytała o stan cywilny pokazując na swoją obrączkę). Policjantka posługiwała się komputerem o poziomie technologicznym, jakiego nie widziałem od chyba 10 lat, drukowała na drukarce igłowej a ksero naszych paszportów musieliśmy zrobić sami, bo Pani nie miała ksera.

Po załatwieniu wszystkich formalności przyszliśmy znowu na dworzec autobusowy, żeby kupić bilety do Puno. Okazuje się, że nie wystarczy kupić bilet na autobus, w Peru i Boliwii trzeba jeszcze dokonać opłaty za użycie dworca. Na dworcu co chwila słychać krzyki naganiaczy dokąd można pojechać ich liniami. Każda firma miała swoje okienko i do każdego z nich trzeba było podejść z osobna zapytać się dokąd oferują przewozy i w jakiej cenie.

el_alto

Do Puno z La Paz jedzie się poprzez El Alto, mieliśmy więc możliwość obejrzenia tego miast poprzez szybę autobusu. To, co się najbardziej rzuca w oczy, to masa nieukończonych domów, większość nawet nie miała wstawionych okien. Wybudowane pierwsze piętro z wystającymi zbrojeniami jest normą. Okazuje się, że w Peru i Boliwii płaci się znacznie mniejsze podatki, jeśli budowa domu nie jest ukończona.

el_alto2

Wieczorem dojechaliśmy autobusem do granicy w Desaguadero, niedaleko jeziora Titicaca. Musieliśmy wysiąść z autobusu i podejść do kontroli granicznej. Przy wjeździe do Boliwii trzeba było wypełnić kartkę, którą urzędnik podbijał a przy wyjściu z granicy trzeba było ją oddać. Urzędnik wziął tę kartkę i bez patrzenia wrzucił na stos innych. Zupełnie niepotrzebne było rozkminianie jak ją wypełnić poprawnie. Przez chwilę nie znajdowaliśmy się w żadnym państwie, przeszliśmy przez most łączący Peru i Boliwię i już na stronie Peruwiańskiej znowu do kontroli granicznej. Kolejny, dość długi, dokument do wypełnienia, czekanie w kolejce i powrót do autobusu. Całość zajęła chyba z godzinę. Autobus ruszył w dalszą drogę do Puno.

Przyjechaliśmy do Puno późnym wieczorem, gdy targ już się zakończył. Z ulicy nikt nie sprzątnął resztek organicznych i śmieci, całość wyglądała więc okropnie, Puno sprawiło na nas bardzo negatywne pierwsze wrażenie. Zdążyliśmy tego dnia jeszcze tylko zameldować się w hotelu i pójść spać.

Titicaca

Jezioro Titicaca znajduje się na wysokości 3812 m n. p. m., jest najwyżej położonym żeglownym jeziorem na świecie. Są jeziora położone wyżej, ale zbyt małe, żeby pływanie łodzią po nich miało sens. Titicaca ma powierzchnię ponad 8 tys. kilometrów kwadratowych, ma długość 190 km i szerokość 80 km. Większa część znajduje się na terenie Peru, pozostała na terenie Boliwii.

Nie jest do końca pewne skąd się wzięła nazwa, ale najprawdopodobniej “Titi” oznacza pumę, natomiast “Caca” oznacza górę. Wypowiadając nazwę należy to robić w odpowiedni sposób – c czyta się jak głębokie, może trochę gardłowe k, natomiast a czytane jest mając usta bardziej otwarte niż do zwykłego a. “Caca” czytane tak, jakby to zrobił każdy polak oznacza w języku hiszpańskim łajno. Peruwiańczycy śmieją się, że część Titi jeziora jest peruwiańska a caca boliwijska, Boliwijczycy mówią dokładnie odwrotnie :) .

titicaca

W Puno mieliśmy zaplanowaną wycieczkę na sztuczne wyspy ludu Uros (15°49’10″S 69°58’10″W) oraz na wyspę Taquile (15°46’10″S 69°41’10″W). Lud Uros zaczął budować pływające wyspy z ziemi związanej trzciną. Wyspy nie są zbyt duże, mieszczą jedną, maksymalnie kilka rodzin. W ramach wycieczki mogliśmy wejść na teren jednej z wysp i posłuchać tubylca (oraz tłumaczącego przewodnika) opowiadającego o tym, jak się buduje wyspy oraz jak wygląda codzienne życie. Niestety całość jest strasznie komercyjna – mieszkańcy wysp oferowali do kupienia ubrania i dywany własnej produkcji, które wyglądały jakby je tkał ktoś zupełnie bez talentu, oferowali za parę dolarów przepłynięcie tam i z powrotem (10 minut) łodzią z trzciny, która wyglądała zupełnie nieautentycznie, jakby ktoś na siłę chciał ją upiększyć nie mając zupełnie gustu. Nasza trójka jako jedyna nie skorzystała z tego i zostaliśmy w łodzi motorowej, którą przybyliśmy na wyspę. Można było też za dolara dostać stempel do paszportu poświadczający pobyt na wyspie (nie mam pojęcia czy coś takiego w ogóle jest legalne – to tak jakbym ja sam sobie wstawił pieczątkę do paszportu).

titicaca2

Następnie popłynęliśmy na wyspę Taquile. Wyspa ma zaledwie 5 km długości i jest zamieszkiwana przez nieco ponad 2 tys. mieszkańców. Przewidziany został krótki treking oraz obiad, który mieliśmy w cenie. Przewodnik (który sam pochodził z tej wyspy) opowiedział nam jak wygląda życie na wyspie, jakie są zwyczaje, mieliśmy też trochę czasu na głównym placu, zapewne po to, by móc kupić trochę ubrań i innych wyrobów z wełny, ale nie wyglądały one szczególnie a i ceny były znacznie wyższe niż w La Paz. Zauważyliśmy też, że słup z zaznaczonymi kierunkami i odległościami od wielkich miast na świecie zupełnie mija się z prawdą. Najprzyjemniejszą rzeczą z wyspy, jaką wspominam, była pyszna herbatka z rośliny zwanej Muña, przypominającej w smaku i zapachu trochę miętę. Chcieliśmy zabrać ze sobą trochę tej rośliny, ale okazuje się, że wywóz roślin z Peru jest nielegalny, mogliśmy jedynie wziąć ze sobą gotową już herbatę w torebkach.

Wieczorem jeszcze poszliśmy na kolację. Zobaczyłem w menu bardzo interesującą pozycję – świnkę morską. Okazuje się, że dla mieszkańców środkowej części ameryki południowej świnka morska jest zwierzęciem, które je się odświętnie, podobnie jak indyk w stanach zjednoczonych. Pomyślałem sobie, że raczej nie będę miał więcej okazji zjeść świnki morskiej, więc zamówiłem. Generalnie jednak nie polecam – mięsa było mało, trudno je było oddzielić od malutkich kości a smakowało w sumie jak kurczak. Tak, zrobiłem zdjęcie telefonem komórkowym jedzenia w restauracji. Ale to był jeden, wyjątkowy raz, chyba można mi wybaczyć :)

swinka_morska

Chivay

Następnie pojechaliśmy autobusem do Chivay (15°38’15″S 71°36’05″W), które znajduje się na wysokości 3650 m n. p. m. Chivay znajduje się na początku kanionu Colca, który jest jednym z najgłębszych kanionów na świecie. Jest dwa razy głębszy niż Wielki Kanion w Kolorado, choć nie jest tak szeroki. Nie mieliśmy jednak okazji zobaczyć kanionu w jego najgłębszym miejscu, jechaliśmy tylko Mirador Cruz del Condor (miejsca, gdzie jest duża szansa na zobaczenie kondorów).

W Chivay mieliśmy wykupioną wycieczkę po kanionie Colca a następnie, w tym samym busie z kierowcą i przewodnikiem, do Arequipy. Do Chivay dotarliśmy po południu, wieczorem pojechaliśmy jeszcze (w ramach wycieczki) do La Calera, czyli gorących źródeł położonych nieopodal Chivay, mieliśmy też później kolację połączoną z pokazem tanecznym.

Mieliśmy trochę czasu wolnego w Chivay, więc stwierdziliśmy, że zwiedzimy trochę miasto. W Peru można znaleźć trochę absurdów (z naszego, europejskiego punktu widzenia), jeśli się przyjrzeć. Wychodząc ze sklepu (znajdującego się na piętrze) zobaczyliśmy nad schodami mini kapliczkę Maryi ze zdjęciem Jezusa.


kapliczka

Zobaczyłem też taką przyczepkę. Nie mam pojęcia co ta firma robi, ale logo mają przekozackie – niedźwiedź w zbroi z deską surfingową wewnątrz czegoś, co przypomina głowę tygrysa z płomieniami i błyskawicami. Brakuje tylko Husarii.

logo

W Chivay znajduje się też aleja Polski – Avenida Polonia. Niestety wygląda tak…


Rano wyruszyliśmy do Mirador Cruz del Condor. Jest to miejsce, gdzie po przeciwległej stronie kanionu znajduje się gniazdo kondorów i rano często można je tam zobaczyć. Kondory nie machają zbytnio skrzydłami, zamiast tego używają prądów wznoszących nad kanionem do nabrania wysokości a dopiero potem lecą dalej. Dlatego z rana można je obserwować przez dość długi czas zataczających okręgi nad kanionem. My mieliśmy szczęście i naliczyłem ponad 10 kondorów w powietrzu jednocześnie.

Samemu kanionowi nie zrobiłem jednak dobrego zdjęcia, jedynie panoramę zrobioną telefonem komórkowym.

Tego dnia wróciliśmy jeszcze do Chivay a następnie pojechaliśmy do Arequipy z tym samym przewodnikiem, dokąd dojechaliśmy wieczorem.

Arequipa

Arequipa jest drugim największym miastem Peru, liczy obecnie 900 000 mieszkańców. Jest jednym z największych ośrodków przemysłowych w Peru. Znajduje się na wysokości ok. 2400 m n. p. m., więc tutaj już nie było tak zimno, choć wieczory wciąż były chłodne.

Wieczorem zdążyliśmy tylko na szybko rzucić okiem na Plaza de Armas w centrum Arequipy, gdzie znajduje się Catedral Basílica de Santa María (16°23’53″S 71°32’12″W). Katedra została umiejscowiona nie przodem, ale bokiem do placu. Stojąc na placu wydaje się, że widać przód katedry, przez co sprawia ona wrażenie, że jest znacznie większa niż w rzeczywistości.

Rano poszliśmy zwiedzić klasztor świętej Katarzyny (16°24’06″S 71°32’21″W), wejście kosztowało 40 PEN (ok. 50 zł) plus 20 PEN za przewodnika angielskiego. Klasztor został wybudowany w 1579 roku, zakonnicami zostawały jedynie kobiety z bogatych rodzin, które mogły sobie pozwolić na wykupienie córce miejsca w klasztorze. Zakonnice miały absolutny zakaz widywania się z osobami spoza klasztoru, od chwili wstąpienia do niego nie mogły opuścić jego wysokich murów, okalających cały klasztor. Z tego też powodu klasztor jest często nazywany miastem wewnątrz miasta. W klasztorze mieszkało ok. 150 zakonnic i 300 sług i niewolników. Tak, katolickie zakonnice miały sługi i niewolników! Im bogatsza, tym miała ich więcej. Dopiero w 1871 roku klasztor został zreformowany a zakonnice straciły wszystkie sługi, co dla wielu z nich było szokiem. W latach 60 XX wieku miasto nawiedziły silne trzęsienia ziemi, które uszkodziły część klasztoru, przez co zakonnice musiały go tymczasowo opuścić. Klasztor został odbudowany i udostępniony dla zwiedzających, zamknięta jest jedynie niewielka jego część, gdzie do dzisiaj mieszkają zakonnice.

Popołudniu czekaliśmy na Free Tour Downtown Arequipa i wtedy też odkryliśmy napój chicha. Jest to częściowo sfermentowany (może być też niefermentowany, jeśli chce się uzyskać napój bezalkoholowy) napój wytwarzany z fioletowej kukurydzy. Był dość słodki i bardzo pyszny.

Free Tour Downtown Arequipa zaczął się w pobliżu Plaza de Armas, przewodnik oprowadził nas po m. in. Iglesia de La Compañía (zarówno kościół jak i jego krużganki, 16°24’00″S 71°32’10″W), kościół św. Franciszka (Iglesia San Francisco en Arequipa, 16°23’41″S 71°32’06″W), Museo Santuarios Andinos (16°23’58″S 71°32’15″W) i Mundo Alpaca (16°23’34″S 71°32’08″W).

Dziedziniec Iglesia de La Compañía razem z krużgankami i płaskorzeźbami został wybudowany z okolicznej skały wulkanicznej w XV wieku.

Pamiętacie obraz Leonarda Da Vinci “Ostatnia Wieczerza”? W Iglesia de La Compañía można znaleźć podobny, ale wszyscy apostołowie siedzą przy okrągłym stole. Niestety nie pamiętam już dokładnie, ale przewodnik mówił o tym, że księża chcieli zachęcić indian do nawrócenia się na chrześcijaństwo a okrągły stół, przy którym wszyscy są równi, był bliższy ich kulturze.

Byliśmy też w Mundo Alpaca – jest to jakby mini muzeum połączone ze sklepem. W części turystycznej znajduje się indianka szyjąca ubrania z wełny a obok można dotknąć wełny z różnych gatunków lam. No właśnie, lamy – są cztery gatunki, lamy i alpaki są udomowione, natomiast wikunie (vicuña) i gwanako (guanaco, czytaj “łanako”) są gatunkami żyjącymi jedynie dziko. Lamy od alpak można odróżnić stosunkowo prosto – alpaka ma całą głowę porośniętą futrem a lama nie. Wikunie i gwanako można znacznie rzadziej spotkać a ich futro jest znacznie krótsze. Dlatego też polowania na wikunie (ale w celu ostrzeżenia ich z futra, nie zabicia) odbywają się raz na trzy lata, natomiast lamy i alpaki są strzyżone co roku. Wełna z wikunii jest uważana za najlepszą na świecie.

Tego dnia wieczorem pojechaliśmy na dworzec autobusowy. Tutaj znów się przekonaliśmy, że oprócz biletu autobusowego trzeba również zapłacić opłatę za skorzystanie z dworca. Wsiadanie do autobusu na tym dworcu przypominało wsiadanie do samolotu na lotnisku. Najpierw oddaliśmy bagaż, później przeszliśmy przez kontrolę bezpieczeństwa i czekaliśmy w wydzielonym miejscu aż nasz autobus będzie gotowy do przyjęcia pasażerów. Autobus był podobny do tych kursujących pomiędzy La Paz i Uyuni, czyli z całkiem wygodnymi miejscami rozkładanymi do pozycji półleżącej. Znowu jechaliśmy autobusem w nocy i rano przyjechaliśmy do miejscowości Ica.

Ica

Ica jest 250-tysięcznym miastem w południowym Peru. W przeciwieństwie do innych miejscach w których dotychczas byliśmy, Ica znajduje się na wysokości 400 m n. p. m., więc dni są tutaj bardzo ciepłe. Choć tak naprawdę zatrzymaliśmy się w Huacachina czyli małej oazie na pustyni, kilka kilometrów na zachód od miasta Ica.

Czekaliśmy na dworcu autobusowym na właściciela hotelu, w którym mieliśmy się zatrzymać, miał nas zawieźć do hotelu. Niestety właściciel się spóźnił o godzinę, w zamian za to mieliśmy w ramach wycieczki po winiarniach mieliśmy odwiedzić dodatkową, trzecią.

Po krótkim śniadaniu pojechaliśmy do pierwszej winiarni – Vista Alegre, jak się okazało była to jedna z największych winiarni w Peru. Przewodnik opowiadał o metodzie produkcji wina, od zebrania winogron i wyciśnięcia z nich soku poprzez fermentację aż do opcjonalnej destylacji do Pisco. Zobaczyliśmy też zbiorniki, w których wino fermentuje, dwa długie rzędy zbiorników po kilka tysięcy litrów każdy; przewodnik mówił, że nieco większe zbiorniki są też pod podłogą. Zobaczyliśmy też miejsce do destylacji, spirala destylacyjna miała kilka metrów średnicy :) a także magazyn z beczkami, w których wino jest starzone. Dowiedzieliśmy się też, że wysoka cena starych win nie wynika z faktu, że stare wino jest lepsze, więc droższe. Każdy rocznik wina jest trochę inny, więc wino z konkretnego roku będzie miało unikalny smak. Cena starego wina to tak naprawdę cena wina plus cena magazynowania go przez wiele lat oraz zatrudnienia osoby, która będzie dbała o konserwację wina. Na koniec mieliśmy jeszcze degustację kilku win oraz pisco, mogliśmy także kupić wino bezpośrednio w winiarni. Za wejście na teren winiarni trzeba było zapłacić 5 soli, ale cenę wejściówki odliczyli od kupowanych win.

Druga winiarnia była znacznie mniejsza, nie stosowali tam już stalowych pojemników do fermentacji wina, ale mniejsze, ceramiczne. Również zobaczyliśmy jak wygląda proces produkcji (w teorii, bo akurat w tym okresie, w którym byliśmy w Peru, winogrono jeszcze nie zaczęło nawet kwitnąć) a na koniec mieliśmy degustację win.

Trzecia winiarnia była tą dodatkową. O ile wcześniej mieliśmy przewodników angielskojęzycznych, to teraz naszym przewodnikiem był nasz kierowca, który nie mówił po angielsku. Widać było, że jest to jakaś zaprzyjaźniona winiarnia, bo nasz kierowca wszedł tam i bez żadnego problemu mógł nas oprowadzić po winiarni nalewając nam wino do małych kubeczków na spróbowanie. Tym razem w zasadzie wszystko sprowadzało się do degustacji wina. Spróbowaliśmy najpierw trzech rodzajów win białych, następnie wino czerwone, pisco i jeszcze inne wino białe. To ostatnie najbardziej nam smakowało i zdecydowaliśmy się je kupić. Wino kosztowało 25 soli, czyli 30 złotych. Ja chciałem też kupić pisco i się zapytali czy chcę w butelce szklanej za 30 soli czy plastikowej za 40 soli. Pomyślałem, że to dziwne i stwierdziłem, że oczywiście wolę taniej i w szklanej butelce. W pewnej chwili usłyszałem coś w stylu ‘dos litros’ i rzeczywiście, butelka plastikowa miała dwa litry pojemności a nie 0,7. Pragnę przypomnieć, że byliśmy po degustacjach w trzech winiarniach, więc myślenie było znacznie trudniejsze niż zwykle i nie zorientowałem się, że ta butelka jest jednak trochę większa. Chciałem więc wziąć butelkę plastikową pisco zamiast szklanej, ale Sylwia już zapłaciła kartą a nie mielibyśmy już miejsca na dodatkową butelkę. Ale przynajmniej kupiliśmy dwa litry dobrego wina za 30 złotych :) .

Popołudniu, gdy już wytrzeźwieliśmy, mieliśmy jechać na pustynię samochodami typu buggy, poniżej na zdjęciu. Wjeżdżaliśmy na wydmy po to, żeby za chwilę z dużą prędkością z nich zjechać, przypominało to trochę kolejkę górską.

Zatrzymywaliśmy się też na sandboarding – zjazd na desce surfingowej z dużej wydmy. Przypominało to trochę zjazd na sankach, ale zjeżdżało się głową do przodu po to, żeby móc sterować i hamować trąc nogami o piasek.

Następnego dnia udaliśmy się na wycieczkę na Islas Ballestas. Te wyspy, położone na zachód od miasta Paracas, kilkadziesiąt kilometrów od miasta Ica, zwane są “Galapagos dla ubogich”, ze względu na relatywnie niską cenę i możliwość zobaczenia wielu gatunków ptaków (oczywiście to jest nic w porównaniu z Galapagos). Te białe kropki na skałach i czarne kropki na niebie to są ptaki. Było ich tam bardzo dużo.

Na początku XX wieku ludzie w tym rejonie zbierali ptasie guano, które było używane jako nawóz na polach. Był to główne źródło dochodu ludzi na wybrzeżu.

Będąc w porcie udało nam się jeszcze zobaczyć jak polują pelikany – kiedy upatrzą jakąś rybę, podlatują dokładnie nad nią, na ułamek sekundy prawie zawisają w powietrzu i niemal bezwiednie spadają z wysokości paru metrów w wodę.

Obejrzeliśmy też muzeum w Paracas, gdzie dowiedzieliśmy się między innymi jak wiele różnych ekosystemów jest w Peru – wszak jest tu zarówno klimat podzwrotnikowy jak i, na wyżynach i w górach, zimniejsze klimaty, zarówno wilgotne jak i pustynne.

Był to już prawie koniec naszej wycieczki, wróciliśmy do Ica, gdzie następnego dnia rano jechaliśmy znowu autobusem Cruz del Sur do Limy. Nie było daleko, więc jechaliśmy autobusem rano. W Limie przyjechaliśmy koło południa a o 17 musieliśmy być na lotnisku, więc nie mieliśmy za wiele czasu na zwiedzanie. Z Limy lecieliśmy bezpośrednio do Madrytu, skąd po dwóch dniach przylecieliśmy do Gdańska przez Hamburg.

Koszt wycieczki:

Bilety (nie wszystkie):

Dojazd do Amsterdamu – 166 zł

Amsterdam-Londyn-Miami-Lima i Lima-Madryt (także Madryt-Londyn-Amsterdam, ale wysiedliśmy w Madrycie i dalej nie lecieliśmy) – 1364 zł

Lima-Cuzco (ale wykorzystaliśmy trochę mil) – 40 zł

Madryt-Hamburg-Gdańsk – 110 zł

Autobus z Cuzco do hydroelektrowni – 69 zł

Pociąg Aguas Calientes-Poroy – 338 zł

Autobus La Paz-Uyuni-La Paz – 223 zł

La Paz-Puno – 46 zł

Machu Picchu – 169 zł

Salar de Uyuni – 586 zł

Wycieczka Puno-Chivay i kanion Colca – 352 zł

Razem wszystkie bilety, loty i autobusy kosztowały 4000 zł.

Noclegi w sumie kosztowały 400 zł, ale parę razy jechaliśmy nocnymi autobusami a w cenę wycieczki na Salar de Uyuni były wliczone noclegi,

Jedzenie w sumie wyszło 550 zł, ale znowu w cenę wycieczki na Salar de Uyuni jedzenie było już wliczone.

Inne wydatki, nie mieszczące się w tych kategoriach – 500 zł.

Razem na wycieczkę wydałem więc nieco ponad 5400 zł. Warto było :)

Szkocja

Wpis po ponad roku od wycieczki, ale w końcu jest!

Ze znajomymi byliśmy w Szkocji w dniach 2015.09.10 – 2015.09.15 i zwiedziliśmy głównie zamki.

Pierwszym zamkiem jaki odwiedziliśmy był Balloch (na zdjęciu widok od tyłu budynku).

Zamek został wybudowany w XIII wieku, ale w XIX wieku ruiny zostały zburzone i na ich miejscu został wybudowany obecny budynek. Wokół zamku rozpościera się spory ogród.

Współrzędne geograficzne – 56°00’47″N 4°35’00″W


_mg_2932

W Szkocji co chwilę można zobaczyć piękne miejsca. Tutaj jadąc drogą stwierdziliśmy, że zatrzymamy się przy jakimś jeziorze.

_mg_2963

To samo jezioro.

_mg_2973

Zamek Kilchurn. A właściwie jego ruiny. Widok z drogi na południe od zamku.

Zamek został wybudowany w 1450 roku na malutkiej wysepce, ale obniżenie się poziomu wody w jeziorze sprawiło, że wyspa się rozrosła a następnie połączyła z lądem. w 1760 roku w zamek uderzył piorun mocno go uszkadzając. Uszkodzenia nie zostały naprawione i zamek został opuszczony na zawsze.

Współrzędne geograficzne – 56°24′13″N 5°1′40″W

_mg_2992

Zamek Dunstaffnage. Widok od strony wartowni (wschodu).

Wybudowany w XII wieku, jeden z najstarszych kamiennych zamków w Szkocji.

Współrzędne geograficzne – 56°27’17″N 5°26’15″W

_mg_3020_a

Zamek Stalker. Nazwa nie pochodzi od prześladowcy, ale od Gaelickiego “Stalcaire” oznaczającego myśliwego albo sokolnika. Widok od strony wschodniej.

Zamek został zbudowany ok. 1320 roku jako mały fort, do obecnej postaci został rozbudowany w 1440 dziesięcioleciu. Zamek został opuszczony w 1840 roku, kiedy dach uległ zawaleniu się. W 1964 roku rozpoczęły się prace konserwacyjne, które trwały dziesięć lat. Zamek można zobaczyć w filmie “Monty Python i Święty Graal”

Współrzędne geograficzne – 56°34′18″N 5°23′10″W

_mg_3028

Wiadukt Glenfinnan. Widok od strony południowej.

Wiadukt kolejowy, budowany w latach 1897-1901. Jest to najdłuższy betonowy wiadukt kolejowy w Szkocji, ma długość 380 metrów a w najwyższym punkcie osiąga wysokość 30 metrów na poziom ziemi, każde przęsło ma 15 metrów szerokości. Można go zobaczyć w kilku filmach, między innymi w Harrym Potterze.

Współrzędne geograficzne – 56°52’34″N 5°25’54″W

_mg_3049

Zamek Eilean Donan. Widok od strony mostu (wschodu).

Jeden z najpiękniejszych i najczęściej fotografowanych zamków został wybudowany w XIII wieku. W 1719 roku zamek został zniszczony w wyniku ostrzału przez prowadzonego trzy brytyjskie statki do znajdujących się w zamku sił hiszpańskich. W latach 1919-1932 zamek został odbudowany, wtedy też został zbudowany most łączący zamek z lądem.

Współrzędne geograficzne – 57°16’26″N 5°30’58″W

_mg_3108

Zamek Eilean Donan, widok od strony północno-wschodniej.

_mg_3117

W drodze na Old Man of Storr zobaczyliśmy most, jak się później okazało był to stary most w miejscowości Sligachan.

Współrzędne geograficzne – 57°17’23″N 6°10’24″W

_mg_3149

Widok na Old Man of Storr, czyli formację skalną na wyspie Skye w północnej Szkocji. widok od strony północno-zachodniej, od strony wzgórza Storr.

Współrzędne geograficzne – 57°30’26″N 6°10’29″W

old-man-of-storr

Latarnia morska na Neist Point. Widok od strony północnej.

Latarnia została zbudowana w 1909 roku. Od 1990 roku jest sterowana zdalnie i latarnik już na niej nie stacjonuje.

Współrzędne geograficzne – 57°25’24″N 6°47’17″W

_mg_3229_a

Zamek Braemar, widok od strony południowo-wschodniej.

Został wybudowany w 1628 roku.

Współrzędne geograficzne – 57°00’53″N 3°23’29″W

_mg_3329_a

Hamburg

Widok na jeden z kanałów, którymi Hamburg jest poprzecinany.

Kościół Główny św. Michała w Hamburgu – można wejść na punkt widokowy na wieży na wysokości 106 m, zaraz powyżej zegara.

Ratthaus – ratusz miasta Hamburg.

Panorama na zachodnią część jeziora Alster.

Islandia

W dniach 6-19 czerwca byłem razem z trójką znajomych na Islandii.

Jednym z pierwszych wodospadów, jakie zobaczyliśmy był Gullfoss. Jest to jeden  z większych wodospadów na Islandii – przepływ wynosi 140 m^3/s w lecie i 80 m^3/s w zimie. Jest za to dość niski – pierwsza kaskada mierzy 11 metrów, natomiast druga 21 metrów. Na zdjęciu widać jedynie drugą kaskadę.

 

Jest to przykład krajobrazu, jaki można zobaczyć na Islandii bardzo często – pustka. O ile w Polsce widoczność jest mocno ograniczana lasami, a jeśli już coś widać, to widać tereny porośnięte roślinnością, to na Islandii w wielu miejscach nie rośnie nic. Widać same skały, które przyjmują kolory od żółtego poprzez czerwony do brunatnego. Z czasem takie skały porastają mchem – wygląda to wtedy trochę jak dywan, ale wystarczy stanąć na nim, aby poczuć skały. Dopiero później może na tej bazie wyrosnąć trawa.

 

Wodospad widoczny na zdjęciu to Faxi (zwany również Vatnsleysufoss). Nie jest może zbyt duży, ale całkiem ładny. Kilka metrów za miejscem, z którego robiłem zdjęcie, była postawiona ławeczka – idealne miejsce, by zrobić sobie grilla!

 

Przez pół dnia szliśmy do miejsca, z którego można zobaczyć wodospad Glymur. Jest to najwyższy wodospad wodospad w Islandii – ma 198 metrów wysokości (chociaż ponoć niedawno powstał nowy, jeszcze wyższy wodospad w wyniku cofania się lodowca Morsárjökull).


Backstage (może nie widać tego zbyt wyraźnie, ale metr dalej była przepaść głębokości kilkudziesięciu metrów):

Fot. Sylwia Babicz

Aby dojść do tego wodospadu z parkingu należy przejść ok. 2-3 kilometrów w poziomie i ok. 350 metrów w pionie oraz przejść przez rzekę. Przejście przez rzekę nie było łatwe – trzeba było przejść po kamieniach oraz specjalnie ustawioną belkę posiłkując się liną. Choć przechodząc po kamieniach woda sięgała jedynie do kostek, to dość silny nurt oraz fakt, że woda była lodowata sprawiało, że przejście nie należało do łatwych (przynajmniej dla osoby siedzącej głównie przed komputerem), ale dostarczało sporej dawki adrenaliny!

 

Jeden z piękniejszych wodospadów – Hraunfossar:

 

Widok na drodze z jaskini Surtshellir, zachodnia Islandia.

 

Kolufossar:

 

Widoki, które można podziwiać w północno-zachodniej Islandii:

To samo miejsce, ale widok bardziej na prawo:

 

Goðafoss. Wodospad, do którego zostały wrzucone posągi bogów nordyckich, gdy Islandia przyjęła chrześcijaństwo 1000 lat temu. Niewysoki, ale całkiem spory.

 

Hverir – pole geotermalne. Na zdjęciu po prawej jest solfatara, z której wydobywają się gorące gazy, między innymi siarkowodór. Widoczne w tle ciemniejsze plamy to miejsca, gdzie są gorące, bulgoczące błota z których również wydobywają się gorące gazy. Śmierdzi równie mocno. Za górą, dwa kilometry dalej, jest elektrownia geotermalna, a w pobliżu Jarðböðin – kąpielisko z gorącą, geotermalną wodą. Bardzo gorącą.

 

Dettifoss – najpotężniejszy wodospad europy, średni przepływ wynosi 193 m^3/s. Można go podzisiać w jednej z pierwszych scen filmu Prometeusz. Na drugą stronę wodospadu, skąd są lepsze widoki, nie mogliśmy się dostać ze względu zamknięte drogi. Takie uroki wyjazdu na początku sezonu.

 

Litlanesfoss – wodospad na rzece Hengifossa, która kilometr dalej wpada do Lagarfljót – piątego co do wielkości jeziora na Islandii.

Kilometr wcześniej na tej samej rzece znajduje się wodospad Hengifoss – trzeci co do wysokości wodospad Islandii (118 m):

 

Jökulsárlón – laguna lodowcowa w południowo-wschodniej Islandii. Z jęzora lodowcowego (wypływającego z Vatnajökull – największego lodowca w europie) odrywają się góry lodowe, które następnie pływają po lagunie zanim się roztopią (co zajmuje 6-7 lat). Lód z lodowca ma jakieś 1000 – 1500 lat.

 

Svartifoss – wodospad z heksagonalnymi kolumnami. Żeby się do niego dostać trzeba przejść ścieżką jakieś dwa kilometry w poziomie i około 200 metrów w pionie.

 

Widok z półwyspu Dyrhólaey – najbardziej wysuniętej na południe części Islandii i miejsca lęgowego  mew, nurzyków (bardzo smaczne mięso) i maskonurów (ohydne mięso).

 

Skógafoss – wodospad położony pośród lasów (rzadkość w Islandii), stąd jego nazwa. Jest całkiem sporym wodospadem, położony jest zaraz obok pola namiotowego. 50 metrów dalej jest parking.

 

Seljalandsfoss – wodospad o wysokości 60 metrów, za którym można przejść. Jest jednak pewien haczyk – co prawda można stać za wodospadem i pozostać suchym, jednak przechodząc z boku jest się ochlapywanym chmurą drobniutkich kropelek wody.